powiedział: "może być, nie najgorzej".
ona powiedziała: "pod koniec zaczął marudzić, że znudziło mu się leżeć brzuchem do góry na plaży i chciał wcześniej wracać".
:)
powiedział: "może być, nie najgorzej".
ona powiedziała: "pod koniec zaczął marudzić, że znudziło mu się leżeć brzuchem do góry na plaży i chciał wcześniej wracać".
:)
Czadoblog zawsze lubił hokej, choć nigdy nie wyznawał się na nim tak dobrze jak jego redakcyjni koledzy. Kiedy jeszcze nie był dziennikarzem, z chęcią wybierał się na lodowiska. Najbardziej zacięty mecz jaki widział w życiu to ligowe spotkanie GKS-u Katowice z Polonią Bytom zakończone wynikiem... 0:0. To był świetny mecz!
Pierwsze dziennikarskie relacje (jeszcze nie do gazety) nadawałem z lodowisk GKS-u Tychy, Naprzodu Janów i GKS-u Katowice na początku lat 90. Właściwie nie pamiętam czasów, kiedy klubom hokejowym w Polsce nie brakowałoby pieniędzy, a hokejowa liga byłaby pulchna, uśmiechnięta i doinwestowana.
O tym, że może być zupełnie inaczej przekonałem się w 1998 roku, kiedy z hokeistami Unii Oświęcim pojechałem do Szwajcarii na turniej półfinałowy Pucharu Kontynentalnego. To był inny świat, nie wiedziałem, że taki może być hokej! Zwyciężyli gospodarze mający swoją siedzibę w dwóch malutkich leżących obok siebie w Alpach kilkusetosobowych wioskach o nazwach Ambri i Piotta. Każda z nich liczy po 400 mieszkańców. W Ambri są tylko dwa kościoły i jedna szkoła, a mimo to miejscowi dorobili się tak dobrej drużyny.
Mocno zdziwiłby się jednak ktoś, kto nazwałby ten klub drużyną wieśniaków. HC Ambri-Piotta jest dumą całego włoskojęzycznego kantonu Ticino i ma bardzo wielu bogatych sponsorów. Roczny budżet szwajcarskiego klubu wynosił 12 lat temu około 18 mln dolarów, a największe gwiazdy - Rosjanin Oleg Pietrow i Kanadyjczyk Paulo di Pietro, grający kiedyś w Montreal Canadiens, zarabiali ponad 400 tysięcy franków szwajcarskich rocznie! Nic dziwnego, że Henryk Gruth, u którego wtedy nocowałem, a który rok wcześniej wyjechał do Szwajcarii i pracuje do dziś przy tamtejszym hokeju, nie ma zamiaru się stamtąd ruszać! Bo Szwajcaria to kraj w którym hokej traktowany jest normalnie.
Co znaczy normalnie? Przeczytajcie . Naprawdę wstrzą-sa-ją-cą! Nie dziwię się jednemu z moich dobrych kolegów, którego syn trenuje hokej, że marzy o dalszej edukacji chłopaka w Czechach. Gdybyście usłyszeli o różnicy w szkoleniu i wychowaniu dziesięcioletnich łebków tu i tam, wydalibyście z siebie cichutki kwik, a potem zwinęlibyście się w kłębek i poddali hibernacji. To nie jest niebo i ziemia. Takie określenie obrażałoby ziemię!
A wiecie co jest najgorsze?
Że nic z tym nie da się zrobić.
Szkoda, bo nie chciałbym, żeby mój kumpel przeprowadzał się z rodziną do Czech.
PS Przewodniczący rady nadzorczej Ruchu o prezesie Górnika: Przy okazji: zgadzacie się z tezą, że
PS1
PS2 Zegary pozdrawiamy.
II wojna światowa wyniosła Winstona Churchilla na stanowisko premiera Wielkiej Brytanii. Doskonały dyplomata, kierujący się tylko i wyłącznie brytyjską racja stanu, wyrachowany i skuteczny, Churchill był świetnym przywódcą na czas wojny. Stał się też jednym z architektów ostatecznego zwycięstwa nad III Rzeszą.
W latach 30-tych Churchill nie od razu dostrzegał niebezpieczeństwo faszyzmu. Kiedy Japonia zaatakowała w 1933 roku Chiny, uważał że chińskim chłopom będzie lepiej pod japońskim panowaniem. Marginalizował też znaczenie Ligi Narodów i nie dostrzegał zagrożenia ze strony Mussoliniego. Nawet popierał duce jako wroga komunizmu i bolszewików. Inaczej wyglądała sprawa z Hitlerem. Od początku Churchill odnosił się do fuhrera z niechęcią i pogardą. Zdawał też sobie sprawę z zagrożenia ze strony Hitlera i wiedział, że musi w przyszłości dojść do konfrontacji Anglii i Niemiec. Był jedynym angielskim politykiem w latach 30-tych, który dostrzegał zagrożenie dla pokoju ze strony Hitlera.
Churchill przypuszczał, że celem fuhrera jest Rosja, ale najpierw będzie on chciał wyeliminować Francję i Anglię. Wystąpienie Niemiec z Ligi Narodów w 1933 roku, rozpoczęcie zbrojeń i pobór do wojska w 1935 roku, zajęcie Nadrenii w 1936 roku, Austrii i części Czech w 1938 roku (Monachium) oznaczało, według Churchilla, że należy rozpocząć zbrojenia i rozstrzygać sprawy nie w trybie dyplomatycznym, ale militarnym. Opowiadał się więc za zbrojeniami. Przed wybuchem wojny nie był lubiany, nie budził zaufania, a jego reputacja legła w gruzach, kiedy w 1936 roku poparł związek króla Edwarda VIII z Wallis Simpson. Wydawało się, że jako polityk był skończony. Tymczasem, paradoksalnie… uratowała go wojna, która wybuchła w 1939 roku.
Kiedy 3 września 1939 roku Wielka Brytania weszła w stan wojny z III Rzeszą, premier Chamberlain nie miał wyjścia i powołał Churchilla na pierwszego lorda admiralicji i członka rządu. Z wrodzoną sobie energią Churchill przystąpił do działania. Brytyjska marynarska na początku wojny walczyła ze zmiennym szczęściem (uszkodzenie „Graf Spee” i strata „Ark Royal”). Churchill, obok modernizacji floty, miał też inne, „dobre” pomysły na wojnę: chciał zaminować Ren, zniszczyć Kanał Kiloński, wysłać flotę na Bałtyk, aby odciąć Niemców od rud żelaza ze Szwecji, wysłać wojsko, aby wsparło Finów w walce ze Związkiem Radzieckim (sic!).
W kwietniu 1940 roku niepowodzeniem zakończyła się kampania norweska. Upadł rząd brytyjski. Na miejsce Chamberlaina, 9 maja wybrano Winstona Churchilla. Został premierem w najtrudniejszym dla Anglii momencie. Kilka tygodni później upadła Francja, a Mussolini poparł Hitlera. Stany Zjednoczone były niechętne do udzielania pomocy Brytyjczykom. Wydawało się, że wojna była przegrana. Brano nawet pod uwagę możliwość negocjacji pokojowych z Hitlerem. Churchill był jednak temu przeciwny i udało mu się przekonać rząd oraz społeczeństwo do dalszej walki z Niemcami. Decyzja o odrzuceniu propozycji Hitlera, była jego zasługą.
Kiedy udało się wygrać powietrzną „bitwę o Anglię”, wydawało się, że Churchill miał rację. Sytuacja zmieniła się na jego korzyść, gdy w czerwcu 1941 roku Niemcy zaatakowały ZSRR, a w grudniu tego roku, Japonia zaatakowała Stany Zjednoczone (wkrótce Niemcy wypowiedziały wojnę USA). W tym czasie również Churchill podjął dwie ważne decyzje: nie dopuścił, aby francuska flota dostała się w ręce Niemców i wzmocnił armię brytyjską na Bliskim Wschodzie.
Ciąg dalszy już jutro. Zapraszam.
Na podstawie: R. Blake, Winston Churchill, Wiedza Powszechna, Warszawa 2000.
ZNAJDŹ NAS NA !

źródło: Wikimedia
Dla każdego coś krejzniętego :P Zakładki zrobiłam dla mojej bardzo bliskiej koleżanki, bez której nie wyobrażam sobie Mazur. Monika uwielbia matocykle. Nie jest to tylko miłość ograniczajaca się do oglądania i wzdychania, o nie. Monika wychodzi znacznie dalej. Fakt, że jeszcze nie posiada wymarzonego motoru, nie ogranicza jej w grzebaniu przy swoim skuterku. Spędza przy nim chyba więcej czasu, niżeli najbardziej zapalony hobbysta :)
Oprócz tego pomaga bezdomnym zwierzętom, głównie kotom, na punkcie których ma totalnego fioła. Dlatego pójdźmy za przykładem Moniki i razem pomóżmy fundacji "Przyjaciele dla zwierząt". Zaadoptujmy zwierzę poprzez internetowy . Bo jak twierdzi Monia, właścicielka psa, kotki, gołębi, papugi, rybek, chomika i ok. 50 kanarków : "co to za życie bez zwierzaka ? Smutne i do kitu. Współczuję wszytkim, którzy nie mają pupila." Kiedy z nią rozmawiam, poruszamy różne tematy, ale najważniejszym jest zawsze kwestia rosnącej liczby bezdomnych zwierzaków. Schroniska są przepełnione, właściciele brutalnie porzucają swoich czworonogów. A my tylko zadajemy sobie pytanie jak ludzie mogą być tak okrutni ?! I jakoś nigdy nie znajdujemy odpowiedzi... Fundacja "Przyjaciele dla zwierząt" przyjmuje wszystkie bezdomne czworonogi. Jedynym warunkiem przy oddawaniu pupila jest zobowiązanie do utrzymania go w wysokości 30 zł na miesiąc. To niedużo biorąc pod uwagę, że zwierzęta są trzymane w domowych warunkach, kochane i przede wszytkim zadbane.
A teraz zakładki ;)

Lato się skończyło. Czas wrócić do rzeczywistości, do domu. Choć powrót jest właściwie bardziej powrotem co Ciebie. Powrotem moich uczuć. Z każdym kilometrem więcej myślałam o Tobie, każdej nocy śniłeś mi się.
Nie chcę wracać. Odganiam myśli. Chcę mieć spokój, chcę śnić o czym innym, niż o tym, że nie tęskniłeś. Chcę być szczęśliwa - jeśli nie z Tobą, to bez Ciebie. Chcę odzyskać siebie. Tę, którą Ci oddałam. Zamknąć to wszystko jako wspomnienie.
***
Muszę zadzwonić. Odkładam ten moment, kiedy znów usłyszę jego głos. Po trzech tygodniach rana dopiero zaczęła się zabliźniać. Wiem, że szarpnie mocno.
Drżenie serca. Strach, nadzieja.
Sięgnąłem po książkę Andrzeja Zielińskiego „Polskie legendy, czyli jak to mogło być naprawdę” wydaną przez „Świat Książki”. Praca ta wydała mi się w sam raz na upalne, tegoroczne lato. Oto moje wrażenia z lektury.
Zacząć trzeba od autora. Andrzej Zieliński, doktor nauk politycznych, dziennikarz i historyk jest znanym popularyzatorem historii, zwłaszcza średniowiecznej. „Polskie legendy” to jego kolejna praca z zakresu średniowiecznej historii Polski. Tym razem autor zagłębił się w świat niemalże bajkowy, który wydobył ze średniowiecznych kronik. Jak sam tytuł wskazuje, Zieliński zajął się legendarnymi dziejami naszego państwa. Otrzymaliśmy interesującą, pełną ciekawych hipotez pracę.
Jak na książkę popularnonaukową przystało, Zieliński nie koncentruje się tylko na wynikach badań naukowych, na faktach historycznych. Sięga też do legend, podań, mitów i stara się je wyjaśniać, wytłumaczyć. Poszukuje, co jest w nich prawdą, a co autor zmyślił. Bierze „pod lupę” kroniki średniowiecznych dziejopisarzy i analizuje te fragmenty, które dotyczyły najdawniejszych, bajkowych dziejów naszego kraju. Poprzez dedukcję i stosowanie analogii, autor demaskuje kłamstwa i wymysły zamieszczone w kronikach przez ich autorów. Poddaje w wątpliwość przedstawione przez nich fakty.
Opierając się na wynikach badań historycznych oraz na przekazach kronikarskich z innych krajów, udaje się autorowi wykazać, iż najdawniejsze dzieje Polski spisane przez Długosza, Wincentego Kadłubka, czy Galla Anonima, są w przeważającej większości ich wymysłem. Co ciekawe, autor w kilku kwestiach podaje własne, hipotetyczne rozwiązania i zastanawia się nad tym, jak mogło być w rzeczywistości, podaje też przebieg wydarzeń według własnego, oryginalnego scenariusza. To powoduje, że książka jest interesująca, niebanalna, trzymająca czytelnika „w napięciu”. Jest to literatura popularnonaukowa w najlepszym wydaniu.
Zieliński zwraca uwagę na subiektywną historię Polski przekazaną potomnym przez pierwszych kronikarzy, zwłaszcza Kadłubka i Długosza. Pokazuje absurdalność niektórych zapisów kronikarskich, co jest dowodem na to, że dziejopisarze po prostu… zmyślali. Celem autora jest odkłamanie pewnych obiegowych prawd i legend, które przyjęły się w społeczeństwie i w które uwierzyliśmy. To także próba obalenia pewnych mitów do dziś funkcjonujących w świadomości zbiorowej. Jednocześnie Zieliński swoją pracą zwraca uwagę historykom na potrzebę prowadzenia dalszych, dogłębnych i obiektywnych badań nad najdawniejszą historią Polski. Wskazuje przy tym nowe obszary tych badań: średniowieczne kroniki sąsiadów Polski: Czech, Rusi, Niemiec. Zgłasza postulat ich analizy i odniesienia, porównania do tego, co napisali nasi kronikarze. To postulat ze wszech miar godny poparcia.
Autor, jak sam pisze, nie pretenduje tą książką do napisania nowej historii Polski, nie jest to nowy podręcznik do historii naszego kraju. I tak właśnie należy traktować „Polskie legendy”. Jako pracę popularnonaukową starającą się przybliżyć najdawniejsze dzieje Polski, stawiającą pytania i szukającą na nie odpowiedzi, poddającą w wątpliwość pewne zdarzenia z naszej przeszłości i wysuwającą nowe hipotezy, postulaty badawcze, demaskującą zakłamania w naszej historii. Wszystko o czym tutaj piszę, należy traktować jako zalety pracy Zielińskiego. Zaletą tej książki jest również to, że zmusza ona do zastanowienia się, do samodzielnego przemyślenia pewnych spraw, poszukania (także w szerszej literaturze) odpowiedzi na pytania, które stawia w swej pracy autor.
Jeśli chodzi o wady, to czasami autor zbyt mocno „popuszcza wodze fantazji” i odchodzi od rzeczywistości. Niektóre jego hipotezy postawione zostały według mnie na wyrost np.: Mieszko był Wikingiem (jak na razie nie ma na to dowodów). Jest też w książce kilka błędów merytorycznych (s.11-12) np.: rzekomy chrzest Mieszka I w Ratyzbonie, czy utożsamianie Galla Anonima z mnichem Martinem z Wenecji.
Układ pracy jest przejrzysty i prosty. Książka składa się z przedmowy i wstępu, 13 rozdziałów poświęconych najdawniejszym, bajecznym dziejom Polski, aneksów, czyli tekstów źródłowych dotyczących podejmowanych przez autora tematów i bibliografii. Swoją pracę Zieliński rozpoczyna od próby odpowiedzi na pytanie, kto naprawdę mieszkał na terenach dzisiejszej Polski, między Wisłą i Odrą. Zastanawia się, czy byli to Słowianie, czy Wandale i gdzie była kolebka polskiej państwowości. Podejmuje też ciekawy wątek Kalisza i nagłej utraty przez to miasto politycznego i gospodarczego znaczenia. Zwraca też uwagę na interesujący przekaz Geografa Bawarskiego, który w IX wieku ani słowem nie wspomina o… Polanach! Jak to możliwe? Odpowiedź w pracy Zielińskiego.
W następnym, rozdziale autor zajmuje się mitem sarmackiej Polski. Stara się znaleźć odpowiedzi na pytania: skąd się wzięli Sarmaci, kim byli i jak wyginęli? Tłumaczy, na czym opierał się i co było podstawą niezwykle żywotnego mitu o Polakach-Sarmatach. Ostatecznie też demaskuje sarmatyzm. Kolejne strony książki poświęcone są genezie plemienia Polan, które stworzyło państwo polskie. Autor analizuje pochodzenie nazwy naszego kraju i próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, kiedy powstał naród polski. Kolejny rozdział to analiza legendy o Lechu, Czechu i Rusie. Interesujące jest tutaj porównanie tej legendy z jej czeską wersją podaną przez kronikę Kosmasa oraz kronikę Dalimila Mezerickiego. Z tego porównania rodzą się nowe, ciekawe wnioski i hipotezy… Chwilę później autor poddaje wnikliwej analizie podanie o smoku wawelskim. Stara się wyprowadzić genealogię krakowskich władców, czyli Kraka i jego przodków. Zastanawia się, czy smok wawelski nie był przypadkiem… człowiekiem, a ściślej rzecz ujmując, awarskim namiestnikiem rządzącym krajem Wiślan po podbiciu go przez Awarów. Zieliński zastanawia się też nad tym, co kryje kopiec Kraka w Krakowie. Idąc dalej „tropem krakowskim”, autor przedstawia nam legendę o Wandzie, która nie chciała wyjść za mąż za Niemca, uosobienie wroga i nieprzyjaciela.
Kolejne rozdziały „Legend polskich” to legendy i mity mocno zakorzenione w naszej świadomości. Oto mamy do czynienia z polskimi zwycięzcami Aleksandra Wielkiego i Juliusza Cezara, wymyślonymi przez Wincentego Kadłubka. Bajkę tę twórczo rozwinął później Długosz. Zieliński szuka w innych kronikach (czeskich, węgierskich, niemieckich) śladów wydarzeń o których piszą polscy kronikarze. Szuka i nic nie znajduje! Ukazuje też jak ewoluowała opowieść o Polakach, którzy pokonali największych wodzów starożytności. „Perełką” wśród legend, o których wspomina autor, jest legenda o Wałcerzu i frankońskiej księżniczce. Ten pierwszy polski epos rycerski zawiera w sobie wartką, sensacyjną akcję, nagle zwroty akcji, a nawet sceny erotyczne! Zieliński próbuje wyjaśnić pochodzenie tego eposu, rozwikłać zagadkę głównych jego bohaterów, czyli dać odpowiedzi na pytanie: kim byli naprawdę? Czy to się udaje? Odpowiedź znajduje się na kartach „Polskich legend”.
Następny rozdział książki to znów legenda, tym razem o Popielu i myszach. Tutaj autor wysuwa ciekawe hipotezy, m.in. o tym, że myszy to… normańscy korsarze. Analizuje też inne europejskie legendy o gryzoniach zjadających złych władców i dochodzi do interesujących wniosków. Ciekawy jest też rozdział o Piaście Kołodzieju, w którym Zieliński próbuje odpowiedzieć na pytanie: kim był Piast, czy rzeczywiście ubogim oraczem i czy naprawdę był protoplastą dynastii Piastów? A może był to przodek dynastii Przemyślidów? Autor zastanawia się też, skąd wzięło się imię „Piast” i co oznaczało. Te rozważania to wprowadzenie do kolejnego rozdziału książki, który traktuje o zagadce pochodzenia Mieszka I. Zieliński stawia tezę, że twórca państwa polskiego był… Wikingiem, a nie Słowianinem. Analizuje przy tym dokumenty, zastanawia się nad znaczeniem imienia „Mieszko”. Przedstawia argumenty i kontrargumenty za normańskim pochodzeniem Mieszka. Ukazuje też „historię” badań nad tym zagadnieniem w nauce polskiej i niemieckiej. Następnie autor zastanawia się nad tym, dlaczego Mieszko nie został świętym i jak wyglądało polskie chrześcijaństwo w pierwszych wiekach. Podejmuje również wątek chrześcijaństwa w obrządku wschodnim, które miało jakoby dotrzeć do Polski wcześniej niż chrześcijaństwo łacińskie i zadomowić się w Małopolsce. To ciekawe dywagacje, tyle że poparte zbyt „kruchymi” dowodami i wciąż pozostające w sferze hipotez. Kończy pracę Zielińskiego suplement, czyli krótki esej o polskich symbolach narodowych: orle, smoku i syrenie. Autor zastanawia się, jak to się stało i dlaczego to orzeł został symbolem Polski i jaką rolę odegrali w tym wszystkim pierwsi kronikarze.
Książka napisana jest jasnym i zrozumiałym językiem. Nie ma tu specjalistycznych określeń i dygresji naukowych na kilka stron. Autor przedstawia swoje wywody w sposób klarowny i precyzyjny. Narracja nie jest nudna i monotonna. Popularnonaukowa praca Zielińskiego charakteryzuje się więc prostym i komunikatywnym przekazem, styl autora jest publicystyczny, ale zarazem barwny, momentami nie pobawiony humoru i ironii. Czyta się „Legendy polskie” przyjemnie i dość szybko.
Wydanie książki jest bardzo staranne: twarde okładki, dobrej jakości papier, szyty grzbiet i kolorowe ilustracje wewnątrz. Na końcu książki znajdujemy też bibliografię (wcale sporą) oraz aneksy, czyli wybór tekstów źródłowych dotyczących tematów podejmowanych w pracy.
Książka Zielińskiego jest interesująca, a autor potrafi zaintrygować czytelnika. Praca jest fachowo i sprawnie napisana. Można się z niej dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o najdawniejszych dziejach Polski. To na swój sposób książka oryginalna, przekazująca czytelnikowi informacje, których nie znajdzie w podręcznikach, czy encyklopediach. Praca ta ma też walory humanistyczne, poznawcze i edukacyjne. Zasługuje więc na to, aby polecić ją każdemu, kto czuje głód wiedzy i chce wiedzieć więcej. Myślę, że „Polskie legendy” zainteresują wielu czytelników. Zachęcam do lektury.
Dziękuję wydawnictwu „Świat Książki” za udostępnienie książki do recenzji -
ZOBACZ „ALE HISTORIĘ” NA !
To co wyprawia w tym sezonie Podbeskidzie Bielsko-Biała może zaskakiwać. Czy pierwszy raz w dziejach klub z tego miasta dobiegnie wreszcie do piłkarskiej ekstraklasy?
Przeanalizowałem pierwsze pięć kolejek Podbeskidzia od kiedy gra na zapleczu ekstraklasy i mogę obwieścić, że tegoroczny start jest najbardziej efektowny w całej historii klubu.
Szczegóły po pięciu kolejkach:
sezon 2010/11: pierwsze miejsce w tabeli, cztery zwycięstwa i remis, stosunek bramek 15:2 (!). Trener Robert Kasperczyk. Nowe największe gwiazdy: Rogalski, Demjan, Cieśliński. Miejsce na zakończenie sezonu:?
sezon 2009/10: czternaste miejsce w tabeli, cztery remisy i porażka, stosunek bramek 5:6. Trener Marcin Brosz. Nowe największe gwiazdy: Rocki, Bagnicki, Kanik, Zajac (od rundy wiosennej poprzedniego sezonu), Broniewicz (od rundy wiosennej poprzedniego sezonu). Miejsce na zakończenie sezonu: dwunaste.
sezon 2008/09: pierwsze miejsce w tabeli, cztery zwycięstwa i remis, stosunek bramek 8:1 (na boisku 6:1, ale zwycięstwo 1:0 z Wisłą Płock zweryfikowano na walkower dla Podbeskidzia, ponieważ w drużynie gości wystąpił nieuprawniony zawodnik). Trener Marcin Brosz. Nowe największe gwiazdy: Świerblewski, Matawu (od rundy wiosennej poprzedniego sezonu). Miejsce na zakończenie sezonu: czwarte.
sezon 2007/08: dziewiąte miejsce w tabeli, dwa zwycięstwa, remis i dwie porażki, stosunek bramek 6:2. Trener Marcin Brosz. Nowe najwieksze gwiazdy: Jarosz, Dancik, Matus, Pajączkowski. Miejsce na zakończenie sezonu: szóste. Drużyna została ukarana odjęciem 6 punktów za udział w korupcji. Gdyby nie kara zajęłaby w tabeli drugie miejsce w tabeli i awansowała do ekstraklasy.
sezon 2006/07: szesnaste miejsce w tabeli, remis i cztery porażki, stosunek bramek 3:9. Trener Krzysztof Tochel. Nowe najwieksze gwiazdy: Mouzie. Miejsce na zakończenie sezonu: dwunaste.
sezon 2005/06: szesnaste miejsce w tabeli, trzy remisy i dwie porażki, stosunek bramek 6:8. Trener Jan Żurek po czwartej kolejce zastąpiony przez Włodzimierza Małowiejskiego. Nowe największe gwiazdy: Gorszkow, Gierczak, Podstawek, Masternak, P. Sobczak, Kołodziej. Miejsce na zakończenie sezonu: trzynaste. Udział w barażach o dalszą grę na tym poziomie rozgrywek zakończony zwycięstwem z Pelikanem Łowicz.
sezon 2004/05: piętnaste miejsce w tabeli (ex aequo z Widzewem Łódź), jedno zwycięstwo, jeden remis i trzy porażki, stosunek bramek 3:8. Trener Jan Żurek. Nowe największe gwiazdy: Kompała, Pater, Sibik, Dubicki, Prusek. Miejsce na zakończenie sezonu: piąte.
sezon 2003/04: piąte miejsce w tabeli, trzy zwycięstwa, remis i porażka, stosunek bramek 9:9. Trener Wojciech Borecki. Nowe największe gwiazdy: Agafon, Salami, Bujok. Miejsce na zakończenie sezonu: siódme.
sezon 2002/03: trzynaste miejsce w tabeli, zwycięstwo, trzy remisy i porażka, stosunek bramek 4:5. Trener Wojciech Borecki. Największe gwiazdy: Sikora, Więzik, Szłapa, był też Cabaj. Miejsce na zakończenie sezonu: dwunaste.
Historia pokazuje, że można się uratować będąc po pięciu kolejkach w bardzo złej sytuacji i można wszystko zepsuć będąc w idealnej.
Czy dzisiejsze Podbeskidzie wyznaczy w historii klubu nowe trendy?
PS Muszę oddać Piotrkowi Płatkowi co piotrkowopłatkowe. Otóż pełen entuzjazmu tekst o Podbeskidziu napisał już w zeszłym tygodniu, jeszcze przed meczem z GKS-em, ale wtedy jego analiza nie zmieściła do „Gazety”. Dziś jest jak znalazł.
PS1 Prezes Górnika bez ogródek mówi po Wielkich Derbach Śląska co myśli o grze Ruchu. Ostro... Jedno jest pewne: .
PS2 Potwierdziło się, że miał sens . Polecam , przewodniczącym rady nadzorczej katowickiego klubu.
PS3 Odra Wodzisław potrafi zaskoczyć. Tym razem Crvenej Zvezdy Belgrad.
PS4 Zegary pozdrawiamy.


zdjęcia z Pożegnania Lata w New Sączu ::
Kiedy piszę do Ciebie to znaczy, że tęsknię za Tobą, a kiedy nie piszę to znaczy, że chcę abyś Ty tęsknił za mną.